Stenia Shaded 2

SteniaStenia Shaded – Kobiety mojego życia

Historia mojego życia jest pisana przez Boga, ale też przez ludzi wokół mnie. Zaskakujące może być to, że niektórych z nich nie miałam okazji poznać. Docierałam do nich dzięki rodzinnym pamiątkom i wspomnieniom, zachowanym w pamięci moich bliskich. W sposób szczególny w moim sercu i w mojej pamięci zapisały się cztery kobiety, które towarzyszyły mi od najmłodszych lat mojego i miały wielki wpływ na moje życie. Każda z nich była mistrzynią w swojej dziedzinie. Za każdą z nich jestem wdzięczna. Postanowiłam namalować ich portrety. W ten sposób chciałam podziękować za nie Bogu.

Portret to artystyczny wizerunek, ukazujący cechy zewnętrzne oraz niekiedy również charakter konkretnej osoby. Oczywiście, można skupić się tylko na wyglądzie, który jest zmienny, ale czyni daną osobę rozpoznawalną. Portret może stanowić też sposób na przedstawienie głębszych warstw duszy. Bóg zwrócił moją uwagę na to, że w każdym człowieku jest jakaś głębia.

BabciaMoja Babcia

Życie tej kobiety owiane było tajemnicą. Babcia zmarła w 1938 roku, nie miałam więc okazji Jej poznać. Już jako mała dziewczynka usłyszałam, że popełniła mezalians. Nie rozumiałam tego słowa, ale gdy byłam trochę starsza dowiedziałam się, że moja szlachetnie urodzona Babcia poślubiła zwykłego fotografa. Dużo później zrozumiałam, że był kimś znacznie więcej niż zwykłym fotografem. Będąc kilka lat temu w Ojcowie, dowiedziałam się, że był cenioną i znaczącą postacią, prekursorem pocztówki polskiej. Szlachetność jego charakteru znaczyła więcej niż szlachetne pochodzenie, nie tylko dla Babci.

Babcia ukończyła Szkołę Rysunku i Malarstwa w Łodzi. W naszym domu wisiały namalowane przez Nią obrazy. Dostałam też wiele wykonanych przez nią przedmiotów: torebkę uszytą z lnu, ozdobioną malowanymi olejną farbą makami, ręcznie haftowane serwetki obrobione koroneczką, fragmenty biżuterii. To były moje skarby. Gdy byłam dzieckiem, Babcię ze zdjęć postrzegałam jako księżniczkę. Ubrana była w długie suknie z falbanami, zaś długie blond włosy były upięte w kok. Najbardziej jednak zbliżały mnie do niej listy pisane do mojego taty albo do jego siostry. Przebijała z nich wielka troska o losy rodziny. Miała córkę oraz trzech synów, mój tata był najmłodszy. Po śmierci męża prowadziła zakład fotograficzny, zajmując się też wychowaniem dzieci. Na utrzymanie rodziny zarabiała również malowaniem obrazów, głównie portretów oraz krajobrazów. Kilka z nich udało się przechować.

Romantyczna historia życia Babci urzekała mnie, a malowanie obrazów było od najmłodszych lat moim celem na przyszłość. Chętnie spędzałam czas z Tatą, który dawał mi pierwsze lekcje rysunku. W pierwszej klasie podstawówki potrafiłam już narysować konia oraz zamek w perspektywie. Pochwały Taty i nauczycieli były dla mnie zachętą i inspirowały do twórczych poszukiwań. Marzyłam, by być jak Babcia. Po Niej odziedziczyłam nie tylko talent, ale i imię. Kiedyś go nie lubiłam, ale kiedy dowiedziałam się, że Stefania znaczy „ukoronowana”, zrozumiałam, że zawiera się w nim Boży plan dla mojego życia.

IrenaPani Irena

Po śmierci Babci mój Tata przeprowadził się do cioci. Kilka lat później, gdy zmarła, odziedziczył po niej mieszkanie. Ożenił się, ale – jak to bywało w pierwszych latach po wojnie – dokwaterowano do nas dwie sublokatorki. Jedną z nich była pani Irena.
Ta piękna kobieta była przed wojną nauczycielką. Podczas wojny działała w Armii Krajowej. Trafiła do obozu koncentracyjnego w Ravensbrück, co przypłaciła niedosłuchem i poważną chorobą płuc. Po wyzwoleniu znalazła się w Szwecji, skąd wróciła do Polski. Nie wiedziała zapewne, że zamieszka w sublokatorskim pokoju.

Pamiętam, że każdego dnia po powrocie ze szkoły meldowałam się u pani Ireny. Sprawdzała mi lekcje, podsuwała ciekawe książki do czytania, zachęcała do rozmów na temat lektur. Zachęcała mnie nie tylko do nauki, ale też do twórczych poszukiwań. Gdy miałam szesnaście lat, zmarł mój Tata, a wówczas wspólne godziny z panią Ireną były jeszcze bardziej znaczące. Sąsiadując przez ścianę z jej pokojem, słyszałam codziennie ważne fakty podawane przez radio Wolna Europa. Nasza sublokatorka bardzo wielką wagę przywiązywała do dbania o czystość i higienę. Podkreślała, że nawet będąc w obozie, mimo bardzo trudnych warunków, codziennie myła swoje długie włosy, zyskawszy tym szacunek Niemców. Lubiłam wchodzić do jej pokoju, bo zawsze panował tam nieskazitelny porządek i unosił się ładny zapach. Miała niezwykłą pasję i wolę do życia. Przez wiele lat przeciwstawiała się ciężkiej chorobie, zadziwiając nie tylko nas, ale i lekarzy.

Praca nauczycielki, przynależność do AK, pobyt w obozie, trudne lata powojenne, ale też to kim była dla mnie i naszej rodziny – wszystko to składało się na zapis historii o pani Irenie. Obraz jej dedykowany namalowałam w mocnych, kontrastujących barwach, aby zaznaczyć ostre kontrasty w jej życiu, wyrazić to, co przeżyła. Myślę, że to kim jestem, w dużej mierze zawdzięczam też pani Irenie. Jestem wdzięczna za jej wpływ na moje postrzeganie priorytetów. Nie żałowała dla mnie swojego czasu. Za jej przykładem też chcę inwestować w młodych ludzi.

IrenaPani Angelina

Od kiedy pamiętam, w naszym domu stał fortepian. Po wojnie przez wiele lat mama wynajmowała go do ćwiczeń uczniom szkoły muzycznej. Związana jest z tym historia, którą znam z rodzinnych opowieści. Pewnego dnia do domu rodziców przyszedł nieznajomy pan z córką i podczas gdy ona ćwiczyła na fortepianie, on zaczął głośno czytać Pismo Święte. Leżało ono na honorowym miejscu na stole i było traktowano jako pamiątka rodzinna i przedmiot kultu zarazem. Kolejne odwiedziny nieznajomego zainspirowały moich rodziców do systematycznego czytania tej księgi.

Dalszy ciąg tej historii miał miejsce już po moim przyjściu na świat. Główną jej bohaterką była córka nieznajomego, która miała na imię Angelina. To ona właśnie wprowadzała mnie w niezwykły świat biblijnych bohaterów. Sprawiła też, że ochoczo biegłam do kościoła. Lubiłam siedzieć przy niej, trzymając ją za rękaw. Angelina zachęcała mnie do samodzielnego czytania Pisma świętego. Od niej dostałam w prezencie pierwszą Biblię, która towarzyszyła mi niezmiennie przez wiele lat. Wielka frajdę sprawiało mi podkreślanie czerwoną kredką, podarowaną przez Angelinę, wersetów o mądrości Boga i ludzi, niebieską zaś fragmentów, wskazujących na głupotę ludzi.

Gdy wyszła za mąż i wyjechała do Anglii, byłam niepocieszona. Odwiedziła nas po kilku latach razem z mężem i córką. Namalowałam wówczas portret dziewczynki oraz podarowałam w prezencie mój autoportret. Byłyśmy w stałym kontakcie, dzieląc się ważnymi wydarzeniami w naszym życiu. Angelina była ostatnią osobą, która odwiedziła moją mamę. Zostawiła mi też jej ostatnie zdjęcia.

Portret Angeliny utrzymany jest w pastelowych odcieniach zieleni, gdyż kojarzy mi się z duchowym rozwojem. Ona zachęciła mnie do poznawania Boga z pierwszej ręki. Słowo Boże dało mi poznanie, jak inwestować w rzeczy, które przetrwają – myśli, drogi i cele nie moje, ale mojego Boga. Nigdy nie zapomnę wpływu, jaki wywarła na moje życie. To właśnie dzięki niej pokochałam Boga.

IrenaMama

Portret mojej Mamy jest utrzymany w odcieniach bieli – jej ulubionym kolorze.
Biel, bo jak daleko sięgam pamięcią: sprzątanie, odkurzanie, szorowanie, pranie, pranie, pranie, krochmalenie, gotowanie, bielenie, wyżymanie, wieszanie, suszenie, prasowanie, prasowanie, prasowanie…
Biel, bo ucztowanie na białym obrusie, gotowanie, smażenie, pieczenie, kanapki, bułeczki, kajzerki, naleśniki, placki, pierogi, leniwe, kopytka, pyzy, budyń, kisiel, kogel-mogel, kaszka manna, zacierki na wodzie, zapachy, smaki, wspomnienia…
Biel bo pracowitość, pilność: długie dnie, krótki sen, wczesne ranki, zawsze pierwsza z obiadem.
Biel bo troskliwość, opiekuńczość, ciepło dla innych: sierot, wdów, chorych, potrzebujących.
Biel bo zaufanie Jezusowi Chrystusowi: czytanie Biblii, modlitwa, kolana, kolana, kolana, wielbienie, dziękczynienie, wstawianie się, łzy, prośby, błagania…

Mama pokazała mi, że być silną, to być na kolanach w modlitwie.

Przez ostatnie trzy lata często mówiła: „Chciałabym już być u mojego Pana, w moim nowym domu”. Często rozmawiała o tym ze swoimi wnukami i prawnukami. Kiedyś Pollyanna, patrząc jak prababcia porusza się wolno i opiera się na lasce, zapytała: „Dlaczego tak chodzisz, Babciu?”. Odpowiedziała jej, że w niebie będzie latać. Na wieść o śmierci prababci, Pollyanna najpierw zaczęła płakać, a później powiedziała: „Ona już lata”. Tak, teraz moja Mama jest już tam – w nowym domu, za którym tak tęskniła.

Na obrazie namalowałam też gołębia pocztowego, którego można używać jako posłańca. Moja Mama była takim posłańcem. Dzieliła się Dobrą Nowiną wszędzie, gdzie dotarła. Wiodła bardzo proste życie, ufając Bogu. Kiedy miała 39 lat, zmarł Jej mąż. Została sama z czwórką dzieci i adoptowała jeszcze jedno – moją siostrę Magdę. Siłą mamy był Jezus Chrystus, Jej Pan. Mówiła o Nim każdego dnia. Była Jego posłańcem. Żyła, aby Go chwalić , aż odfrunęła, aby na zawsze być z Nim. Była nie tylko moją matką fizyczną, ale i duchową. Pokazała mi, jak zachować wiarę.

(redakcja tekstu – Nina Hury)