Imprezy towarzyszące w foyer Teatru od godz 17:00

 

HISTORIE ŻYCIA


Moi dziadkowie i ciocia byli artystami. Dorastałam więc w domu pełnym obrazów. Nic dziwnego, że moim mottem życiowym stały się słowa: „Sztuka będzie moim mężem, obrazy moimi dziećmi”. Na moje dzieciństwo wpływ miały Biblia, obrazy i fortepian.

Po wojnie niewielu ludzi miało w domu instrumenty. Moi rodzice wynajmowali więc fortepian studentom muzyki do ćwiczeń. W pokoju na stole, na honorowym miejscu, leżało znalezione w piwnicy Pismo Święte po dziadkach. Pewnego razu, gdy jedna z uczennic ćwiczyła na fortepianie, jej ojciec zaczął głośno czytać Biblię i zachęcił moich rodziców, by robili to samo. Dzięki temu wzrastałam w domu, gdzie czytanie Pisma i modlitwa stały się codziennością.

Coś jednak powstrzymywało mnie od pełnego zaufania Bogu. Obawiałam się, że kiedy powierzę Mu swoje życie, On odbierze mi przyjemności i zmusi do bycia misjonarką – będę zniewolona.  Kiedyś słuchając wykładu skierowanego do dużej grupy młodzieży, miałam wrażenie, że Bóg mówi wprost do mnie. Uświadomiłam sobie, że On jest Panem wszystkiego. Nie potrzebuje mnie, bym Mu służyła – to ja jestem w beznadziejnej sytuacji, potrzebuję Jezusa, który umarł za mnie, potrzebuję przebaczenia, abym mogła mieć bliską więź z Nim. Wtedy to, w modlitwie, powierzyłam swoje życie Bogu: „Panie, przebacz mi moje winy, weź moje życie i prowadź mnie”.

Trzy miesiące później zmarł mój tata. Śmierć Ojca pozwoliła mi spojrzeć na życie z innej perspektywy. Zaczęłam się zastanawiać, jaki jest jego sens i cel. Moim nowym mottem stały się słowa C. S. Lewisa: „Wszystko, co nie jest wieczne, jest wiecznie nieaktualne”, a moją życiową pasją – poznawanie Boga i czynienie Go poznanym. Ukończyłam akademię sztuki, wyszłam za mąż, urodziłam siedmioro dzieci. Patrzenie na nie jako na piękno Bożego stworzenia dawało mi większą satysfakcję niż malowanie. Mój czas był wypełniony zajęciami domowymi i spotkaniami z ludźmi. Czasem, kiedy ktoś z znajomych artystów pytał mnie, czy wystawiam, opowiadałam: „Tak, pieluchy na balkonie”.

Kiedy najmłodsza córka poszła do szkoły, zaczęłam malować. Pięć lat temu odwiedziły mnie koleżanki. Uznały, że nie powinnam chować swoich obrazów i zorganizowały dla mnie wernisaż. To dało początek kolejnym wystawom. Podczas wernisaży i wystaw mam okazję opowiadać o działaniu Boga w moim życiu. Odkąd oddałam pędzel Bogu, malowanie sprawia mi radość na tyle, na ile zbliża mnie do ludzi. Jestem wdzięczna Bogu, że poznałam prawdę o Jego miłości, że jest hojnym dawcą, który powiedział: „Ja przyszedłem, aby dać wam życie i aby wasze życie było obfite”. Teraz mogę tworzyć rzeczy, które mają znaczenie, i wprowadzać piękno w dusze i w życie innych ludzi. Obserwuję to, co ukazuje mi Bóg, aby zaświadczyć o tym pędzlem.


Stefania Shaded





Do opowiedzenia historii mojego życia zapewne bardziej odpowiedni byłby format książki niż krótkiej notatki, ale spróbuję i w tej ograniczonej formule oddać chwałę temu JEDYNEMU, absolutnie niezwykłemu BOGU-RATOWNIKOWI, który był tak „cudownie” konsekwentny, zdeterminowany i skuteczny w tym, by najpierw zatrzymać mnie na drodze zabijania siebie, a potem odwrócić historię mojego życia.


Wyszłam za mąż za mężczyznę, o którym myślałam, że bardzo mnie kocha. Nauczona przykrym doświadczeniem, sądziłam, że to jest o wiele lepsza i bezpieczniejsza sytuacja niż własne ogromne zaangażowanie. Pojawienie się na świecie synka (po pierwszym poronieniu i trudnościach z zajściem w ciążę), na którym skupiła się cała miłość mojego serca, tylko pogorszyło sytuację. Mąż, już jako dziecko NIEDOKOCHANY, zaczął boleśnie odczuwać ów głęboki deficyt jako odrzucenie. Jego postępowanie (awantury, alkohol), za którym z pewnością kryła się desperacka walka o akceptację, przyniosło odwrotny skutek, bo mnie coraz trudniej było z nim żyć. Odczuwałam coraz większą niechęć, pogardę i nienawiść. Skomplikowane okoliczności rodzinno-mieszkaniowe sprawiały, że nie widziałam wyjścia z sytuacji. W ten sposób rozpoczęła się moja ucieczka od zbyt trudnej rzeczywistości w alkohol i inną rzeczywistość. Głębokie zaburzenia osobowości i autodestrukcja, uzależnienie i bunt - to wszystko zaowocowało znalezieniem się na prostej drodze ku śmierci, której pragnęłam, której szukałam i którą na różne sposoby chciałam sprowokować przez wchodzenie w miejsca i w znajomości, które mi zagrażały. Nie mam pojęcia, ile razy Bóg uratował mi życie, ale kilkakrotnie JEGO działanie było ewidentne i bardzo spektakularne. To mnie jednak nie zatrzymało. Miałam raczej jeszcze większe poczucie bezkarności, bo widziałam, że SAM Bóg chce, abym żyła.

Tylko miłość do dziecka powstrzymywała mnie przed bardziej radykalnym działaniem i sprawiała, że pozostawała we mnie cały czas pewna odrobina chęci i woli życia. Pewnie dlatego skorzystałam jakimś cudem, biorąc pod uwagę mój ówczesny stan był to dosłownie cud, z zaproszenia do kościoła, które wręczył mi gospodarz mojego domu.  Tam po raz pierwszy spotkałam się z miłością, z niezwykłą akceptacją Boga, objawioną czy uosobioną w serdecznym człowieku, który przywitał mnie z szeroko otwartymi ramionami i gorąco uściskał. Mnie - taką upadłą, taką brudną, taką tonącą w szambie i błocie. Gdzieś w głębi serca czułam się ludzkim śmieciem, nieudacznikiem, choć trudno to było dostrzec, bo wszystko przykrywała pycha, odwet i bunt. Pierwszy raz nie zobaczyłam w oczach człowieka oceny, wartościowania, pogardy czy politowania, a niezwykłą i niezrozumiałą przychylność, nieznaną mi bez jakiegoś zasługiwania. Wyglądało na to, że ten mężczyzna, pastor, dostrzegł we mnie jakąś wartość i piękno pod grubą warstwą kurzu, brudu, błota i smrodu. Coś, czego inni nie widzieli, ubolewając nad moim upadkiem, zmarnowanymi szansami i niewykorzystanymi możliwościami. Bo z dziewczyny, która była prymuską zaprogramowaną na sukces i w jakimś sensie - dzięki bardzo wszechstronnym zdolnościom - na ten sukces skazaną, z atrakcyjnej kobiety, która z powodzeniem zajmowała się biznesem w czasach, kiedy dopiero rodziła się indywidualna przedsiębiorczość i ogromne majątki, z kogoś takiego w krótkim czasie stałam się niemal osobą z marginesu. To było zarówno konsekwencją mojego wyboru, jak i stanu psychicznego, z którego nie zdawałam sobie sprawy. Ale moja rodzina miała tę świadomość i w zasadzie już straciła nadzieję, także za sprawą lekarzy, którzy nie widzieli dla mnie szans. Szczególnie bez mojej współpracy. Dlatego ten ZWROT, jaki niemal w jednej chwili nastąpił, był dla rodziców prawdziwym cudem i dowodem potężnego działania żywego Boga.  Ja wówczas rzeczywiście uwierzyłam w możliwości Jezusa we mnie - taką prostą, naiwną czy nawet SZALONĄ wiarą.

W ciągu kilku miesięcy zaczęłam pracować w szkole, uczyłam języka polskiego (skończyłam polonistykę na UW). To zażegnało groźbę utraty prawa do opieki nad synem, który został mi na pewien czas odebrany przez męża i jego konkubinę bez możliwości jakiegokolwiek kontaktu. Chyba już nigdy potem nie spotkałam się z takim uznaniem dyrekcji, rodziców i dzieci jednocześnie, jak wówczas, w tej szkole podstawowej w centrum Warszawy. Ale to nie stało się za sprawą moich możliwości. Im bardziej jestem świadoma mojego stanu w tamtym okresie, także za sprawą licznych lektur, wykładów i szkoleń, tym bardziej doceniam dzieło łaski Bożej we mnie i w moim życiu.

Musiało minąć jeszcze wiele lat, nim Pan całkowicie zdobył moje serce, nim udało Mu spotkać ze mną i przemówić do mojego serca, nim zdecydowałam się Jemu zaufać, nim pozwoliłam Mu dotknąć najbardziej bolesnych ran w moim sercu, by mógł je uzdrowić, i nim zaczęłam być posłuszna nie dlatego, aby coś dostać, ale z miłości do Niego. 

W lutym tego roku skończyłam 51 lat. Moje życie przypomina cudowne Boże rękodzieło, jakby gobelin utkany z nitek łaski, pełen różnych kolorów, ale z przewagą czerni, która nadaje mu głębię i wydobywa piękno światłocienia. To obraz, na którym z ciemności i mroku wyłania się sylwetka ŻAR-PTAKA.


Grażyna Golędzinowska




Wydawać by się mogło, że niczego mi nie brakuje...


Wychowywałam się w małym miasteczku położonym 120 km od Warszawy. Byłam posłuszną dziewczynką, bardzo dobrą uczennicą, osobą aktywną społecznie. Byłam też religijna.. Często, a w pewnym okresie nawet codziennie, chodziłam do kościoła. Zwykle starałam się zachowywać jak należy, tego uczyli mnie rodzice, tak chciałam żyć. Wydawać by się mogło, że niczego mi nie brakuje. Jednak mimo właściwego zachowania, piątek w szkole, uczciwego życia i powszechnego uznania brakowało mi czegoś, co nazwałabym spokojem wewnętrznym, pokojem ducha. Wciąż szukałam...

W liceum pojechałam na tygodniową wycieczkę do Krakowa. Kilku uczestników według mnie wyróżniało się wśród pozostałych tym, że byli prawdziwie zadowoleni, szczerze życzliwi, troszczyli się o innych. Taką postawą przyciągnęli mnie do siebie. Ja tego nie miałam i nie potrafiłam tak żyć. Mówili dużo o Panu Bogu - ja nigdy na ten temat nie rozmawiałam otwarcie, wydawało mi się to zbyt osobiste, ale tak naprawdę to nie umiałam o Nim rozmawiać. Wieczorami czytaliśmy wspólnie Ewangelię wg św. Jana, ale niestety niewiele rozumiałam. Tydzień spędzony w ich towarzystwie wystarczył, abym nabrała przekonania, że chcę być taka jak oni.

Po powrocie z wycieczki jedna z koleżanek pożyczyła mi książkę pt. „Doga sceptyka do Boga”, która wywarła ogromny wpływ na moje życie. Jest to historia życia Josha McDowella, który zmartwychwstanie Chrystusa nazywał mitem i który postanowił udowodnić, że chrześcijaństwo nie jest prawdziwe. Gdy badał materiały naukowe i fakty dotyczące chrześcijaństwa, zmienił zdanie. Ja razem z nim przekonałam się, że Jezus Chrystus jest Synem Bożym, że Jego śmierć na krzyżu za nasze grzechy i zmartwychwstanie naprawdę miały miejsce, a Pismo Święte jest wiarygodne. Zrozumiałam, że chociaż mój system etyczny był taki sam jak moich nowych znajomych, to była między nami różnica. Musiała więc być ona rezultatem czegoś innego niż wartości i przekonania. I zobaczyłam czego - znajomości, lub nie, Jezusa Chrystusa, a nie religii.

Tak jak Josh i ja uznałam, że jestem grzeszna i oddzielona od Boga. W modlitwie poprosiłam Pana Boga o przebaczenie, poprosiłam, aby wszedł do mojego życia jako mój Pan i mój Zbawiciel. Poprosiłam, aby mnie przemieniał i uczynił taką, jaką chciałby, abym była. Modlitwa była prosta i szczera.

Pozornie nic się nie zmieniło. Nie wydarzyło się nic widocznego dla innych. Ale w moim życiu stało się coś nadzwyczajnego. W tym momencie rozpoczęła się przemiana mojego serca, lubię to nazywać reformą serca. Bóg obdarzył mnie niezwykłym spokojem ducha, prawdziwą radością i wolnością, spełnieniem. Znalazłam to, czego szukałam. Zapełniła się luka w moim sercu, którą mógł zapełnić jedynie Jezus. Ofiarował mi to, co bez Niego nie jest możliwe.

Zaczęłam czytać Pismo Święte i rozumieć, co jest w nim napisane. Oprócz samodzielnego czytania Słowa Bożego zaczęłam też studiować Biblię z innymi, a potem, po latach, sama zaczęłam prowadzić takie spotkania, aby dzielić się tym, czego doświadczyłam.

W moim chrześcijańskim życiu widzę wyraźnie Boże działanie i prowadzenie. Z tego powodu teraz chcę dzielić się tą historią. Doświadczam Jego błogosławieństwa w mojej rodzinie, w relacji i jedności, jaką mam z mężem, a także w relacji z czwórką dzieci. Razem z mężem uczymy się chrześcijańskich zasad funkcjonowania rodziny. Mówimy dzieciom o Bogu i wspólnie się modlimy.

Jestem przekonana, że doświadczam tego, co powiedział Pan Jezus: „Ja przyszedłem po to, aby owce miały życie i żeby miały je w obfitości” (Ew. wg św. Jana, rozdział 10, werset 10).


Iza Herman





Są ludzie, którzy wprost uwielbiają zmiany, ale ja do nich nie należę. Najczęściej decyduję się jedynie na te, które są absolutnie konieczne. Jednak przez ostatnie lata musiałam zaakceptować ich sporo. Choć sama nie wybrałabym takiego scenariusza życia, ku mojemu ogromnemu zaskoczeniu zmiany te przyniosły więcej dobrego niż złego. Konieczność zmierzenia się z trudną sytuacją zmusiła mnie do przetestowania fundamentu, na jakim buduję swoje relacje, poczucie wartości i wiarę.

W grudniu 2006 roku w gabinecie chirurga w Centrum Onkologii usłyszałam diagnozę, którą boi się usłyszeć chyba każdy człowiek. Wykryto u mnie nowotwór złośliwy i potrzebna była natychmiastowa operacja, potem chemioterapia i naświetlania. Oczywiście przeżyłam szok. Tym bardziej, że zmiany chorobowe były bardzo małe i niewyczuwalne. Ujawniły się podczas profilaktycznych badań USG. Jestem zdania, że nie należy uciekać przed prawdą, tylko próbować się z nią zmierzyć. Ale jak tu udźwignąć coś takiego? To prawdziwy kryzys życiowy. Jak znaleźć wystarczająco dużo siły, nadziei i wiary, żeby przez to przebrnąć. Świat jakby stanął w miejscu, a ja próbowałam się z tym wszystkim uporać.

Wiedziałam, że muszę patrzeć na to, co się dzieje, z właściwej perspektywy. W leczeniu olbrzymie znaczenie ma to, jak pacjent znosi psychicznie cały ten proces. Czy umie pogodzić się ze stratami, jakie on niesie. Czy w końcu potrafi dostrzec też szanse, jakie stwarza to doświadczenie, odkryć korzyści, jakie paradoksalnie z niego płyną.

Muszę zaznaczyć, że nie należę do niepoprawnych optymistów, znalazłam jednak ogromne pokłady nadziei i siły do walki z chorobą. Czerpałam je z więzi z Bogiem. I tu jak wiadomo nie jestem wyjątkiem. Jednak po rozmowach z wieloma innymi pacjentkami odkryłam, że jest pewna różnica. Myślę, że o wiele łatwiej jest ufać Bogu, z którym mamy osobistą więź, którego poznawanie uczyniliśmy priorytetem swojego życia dużo wcześniej.

Moją relację z Bogiem rozpoczęłam w wieku 19 lat. Byłam wtedy bardzo zagubioną, szukającą celu w życiu osobą. Chciałam, by ktoś pomógł mi odnaleźć równowagę w życiu. Szukałam jej w książkach filozoficznych, poznając różne orientalne religie. Ale ostatecznie odnalazłam ją w Jezusie Chrystusie. Przeczytałam Ewangelie i byłam pod wrażeniem Jego nauczania i stylu życia. Jednak choć starałam się postępować według zawartych tam zasad, nie mogłam temu podołać. Aż w końcu zwróciłam się z tym w modlitwie do Boga, by albo zabrał moje życie, albo odmienił je tak, jak On tego pragnie. Niedługo potem ktoś jeszcze raz pomógł mi zrozumieć, co jest głównym przesłaniem ewangelii, ale zakończył propozycją modlitwy, w której osobiście mogłam zaprosić Jezusa Chrystusa do swojego życia jako Pana i Zbawiciela. Podjęłam tę decyzję i wyraziłam ją w modlitwie. Od tamtej pory widzę, jak Bóg działa we mnie i zmienia moje myślenie, motywy działania, wartości i cele.

Przekonałam się, że ufność do Boga, jaką pogłębiłam przez te lata, okazała się najlepszym lekarstwem. Po prostu to, co mnie spotkało, nie podważyło mojego zaufania do Jego miłości i dobroci. Zaufania, które budowałam latami w czasie spokoju. Bo sytuacje kryzysowe działają jak egzamin z tego, czego nauczyliśmy się dzień po dniu wówczas, gdy wszystko jako tako się układało i gdy często łatwiej nam było bazować na własnych siłach, niż szukać Bożych rozwiązań i Jego perspektywy. Każdą trudną sytuację, jaką Bóg nam daje, można potraktować jako ciężar, którym chce nas przygnieść, i załamać się, albo jako okazję do rozwoju i sięgania wyżej, odkrywania czegoś nowego o Nim, o sobie i świecie. Świadomość Bożej dobroci pomogła mi oddać kontrolę nad tym, co czeka mnie i moją rodzinę w przyszłości. Przechodzić bolesny proces godzenia sie ze stratami, jakie On dopuszcza w moim życiu, mając pewność, że On nie chce mnie krzywdzić.

Doceniam mądrość, jaką chce mi przez to dać. Po prostu przekonałam się, że Bóg wie lepiej, czym jest obfite i spełnione życie. Jestem bardzo wdzięczna za to, że jest ze mną w każdym doświadczeniu. Wierzę, że jest to dostępne dla każdego, kto zechce.


Katarzyna Masewicz





Moja wnuczka urodziła się szczęśliwie, choć były pewne medyczne komplikacje. Natychmiast po otrzymaniu radosnej wiadomości pojechaliśmy z mężem pogratulować synowi i uściskać go (z synową niestety nie mogliśmy się zobaczyć). Chwila była podniosła, uczciliśmy ją nawet kieliszkiem brandy.

Wielokrotnie wracałam w myślach do tej chwili i zastanawiałam się, dlaczego nie pomodliliśmy się razem, nie powierzyliśmy naszej rodziny Bogu z wdzięcznością? Wszyscy uważaliśmy się przecież za chrześcijan. A jeśli tak – to czym, poza chodzeniem co niedzielę do kościoła, różni się nasze życie od życia niechrześcijan?

Cztery lata później przechodziłam w szpitalu mały zabieg. Wymagał on jednak narkozy. W trakcie przygotowań, w oszołomieniu, usłyszałam za swoją głową głos anestezjologa: „Zaraz pani zaśnie” i poczułam na czole wyraźny dotyk palca, znak krzyża. Tego się zupełnie nie spodziewałam, ale poczułam się w domu. Usnęłam. To zdarzenie bardzo mnie poruszyło. Człowiek, który mnie spotkał pierwszy raz, i pewnie ostatni, powierzył mnie w ważnej chwili Bogu. Chociaż zajmowali się mną ludzie zaufani i doświadczeni, to jednak mimo wszystko według niego potrzebny był krzyż – Chrystus.

Już na drugi dzień zaczęłam się poważnie zastanawiać nad miejscem Jezusa w moim życiu. Pytałam siebie: jakie są moje prawdziwe relacje z Jezusem? Kim On jest właściwie dla mnie? Czy Go wystarczająco znam i czy w pełni Mu ufam? Poczułam się przynaglona do działania, aby jak najszybciej zbliżyć się do Jezusa, otworzyć Mu drzwi. Zaraz dokładnie przemyślałam swoje grzechy z okresu wielu lat i wyznałam je przed Bogiem. Zaczęłam brać pełniejszy udział w liturgii mojego kościoła. Ciągle jednak nie czułam pełnego zadowolenia z mojego życia chrześcijanina, czegoś mi brakowało.

Kolejnym znakiem na mojej drodze umacniania wiary było, po kilku miesiącach, zetknięcie się z grupą interesujących kobiet. Byłam wtedy z mężem na weekendowym wypoczynku za miastem. Ze spotkanymi osobami łączyły nas co prawda tylko grzecznościowe rozmowy, ale pozytywnie mnie zaintrygowały. Jedna z pań utrzymała ze mną kontakt. Dzięki jej zachęcie wzięłam udział w ciekawej konferencji, na której przekonałam się, jak bliskie mojemu życiu może być Pismo Święte. Potem przyłączyłam się do małej grupy razem czytającej i poznającej Pismo.

Już na początku wspólne przeczytanie tekstu pt. „Cztery prawa duchowego życia” odsłoniło przede mną nowe światy. Pierwszy raz dowiedziałam się, że istotą chrześcijańskiego życia jest to, co Bóg czyni dla nas, w nas i przez nas, a nie to, co my robimy dla Boga. Uznałam nieskończoną moc Boga i Jego miłosierdzie. Po tym odkryciu odczułam ulgę i w pełni zawierzyłam Jezusowi. Studiowałam dalej Pismo Święte, starając się je zrozumieć. Opisane tam historie, takie jak spotkanie Jezusa z Nikodemem, utwierdzały mnie w przekonaniu, że trzeba narodzić się na nowo, by wejść do Królestwa Bożego. Wyjaśniło się wiele słabości mojej wiary. Zaczęłam ją umacniać dzięki poznawaniu faktów i obietnic zawartych w Piśmie Świętym. Uspokoiłam się. Poczułam się dzieckiem Bożym, prawdziwie i bezwarunkowo kochanym. Zaufałam więc Jezusowi całkowicie. Uznałam Go za mojego osobistego Pana i Zbawiciela, Osobę, której chcę powierzyć najważniejsze miejsce w moim życiu.

Nastąpiły dalsze zmiany. Zdecydowałam się na systematyczne studiowanie Pisma św. w grupie oraz na codzienne czytanie Słowa w domu. Autentycznie przejęłam się perspektywą zbawienia nie tylko mojego, ale i innych ludzi, bliskich, a nawet przypadkowo spotkanych. Odczuwam potrzebę rozmawiania z nimi o tym, dzielenia się swoją wiarą. Choć nie jest to łatwa rola, ćwiczę się w niej z Bożą pomocą. Jestem też przekonana, że Bóg będzie mnie nadal przemieniał i kształtował. Proszę Go o to, aby uczynił mnie taką, jaką chce, abym była. „Tak więc, jeśli ktoś jest w Chrystusie, nowym jest stworzeniem; stare przeminęło, oto wszystko stało się nowe”. Te słowa z 2 Listu św. Pawła do Koryntian (rozdział 6, werset 17) są napisane o mnie. To jest moja historia.


Małgorzata Borecka





14 lipca 2004 roku miał odbyć się ślub mojego syna. Dwa dni przed tym wydarzeniem listonosz przyniósł nam list polecony z urzędu skarbowego. Wynikało z niego, że wspólnik mojego męża, któremu całkowicie ufaliśmy i za którego dalibyśmy sobie rękę uciąć, oszukiwał urząd. Mój mąż został więc wezwany do zapłacenia 86 tysięcy długu. Sądziliśmy, że to nieporozumienie i że sprawę łatwo da się wyjaśnić. Niestety, okazało się, że to prawda. Co gorsza, wspólnik wcale nie miał zamiaru płacić! I co mieliśmy robić? Skąd wziąć taką sumę? Sprzedać dom? Wziąć kredyt w banku? Stracić wszystko za cudze długi? Byliśmy bardzo zmartwieni. Płakałam, nie mogłam spać, modliłam się o odwrócenie nieszczęścia. Nie mogłam zrozumieć, jak Bóg mógł dopuścić do takiej niesprawiedliwości. Wtedy mój najmłodszy syn dał mi kartkę, na której napisał cytat z Listu do Hebrajczyków (rozdział 13, werset 6): „Śmiało więc mówić możemy, Pan jest wspomożycielem moim, nie ulęknę się. Bo cóż może mi uczynić człowiek?”. Poczułam spokój. Uświadomiłam sobie dwie sprawy. Po pierwsze, że wychowaliśmy dzieci na osoby ufające Bogu, po drugie, że powinnam mój problem powierzyć Bogu. Modlić się o takie rozwiązanie, jakie On uważa dla nas za najlepsze, nawet jeśli mielibyśmy stracić te pieniądze.

Z tego, co dotąd napisałam, wynika, że jestem osobą wierzącą. Urodziłam się w religijnej rodzinie. Od dziecka chodziłam do kościoła, odmawiałam modlitwy, lubiłam śpiewać pieśni kościelne i psalmy. Miałam własne wyobrażenie Boga: Starca z brodą siedzącego w Niebie na tronie i surowo liczącego moje grzechy, a poza tym niewtrącającego się w moje życie. Starałam się unikać grzechów, co oczywiście mi nie wychodziło. Pokutowałam więc i pościłam, ale i tak ciągle miałam poczucie winy. No i bałam się śmierci i potępienia.

Gdy miałam 15 lat, w czasie wakacji wyjechałam na obóz chrześcijański. Przeczytałam tam małą książeczkę „Cztery Prawa Duchowego Życia”. I wtedy dotarło do mnie, że dzięki krwi Chrystusa jestem zbawiona. Nie „będę”, ale „jestem”! Bo Bóg tak mnie kocha, że własnego Syna złożył w ofierze za moje grzechy. Na nic nie zdały się wszystkie moje umartwiania, pokuty, pielgrzymki czy inne starania. Ta jedna ofiara zmazała wszystkie moje winy. Dzięki niej jestem pojednana z Bogiem. Tylko Jezus jest jedyną drogą do zbawienia. W Ewangelii wg św. Jana Jezus mówi: „Ja jestem drogą i prawdą, i życiem. Nikt nie przychodzi do Ojca inaczej, jak tylko przeze mnie”. Kto zechce w to uwierzyć, jest zbawiony. Ja uwierzyłam. W modlitwie oddałam swoje życie Jezusowi. I zrozumiałam, że Bóg jest inny niż moje wyobrażenie o Nim. Aby Go lepiej poznać, zaczęłam czytać Pismo Święte. I zobaczyłam, że najważniejsze jest nie to, jak wierzę, ale osoba, w którą wierzę. Bóg jest jedyną osobą, która się nigdy nie zmienia, nigdy nie kłamie. Jeśli coś obiecał, to raz na zawsze. Mogę Mu więc bezwzględnie zawierzyć. Na człowieku, nawet najbardziej godnym zaufania, można się zawieść. Najlepiej świadczy o tym historia opisana na początku. Bóg sprawił, że wspólnik spłacił swój dług.

Na Bogu nigdy nie można się zawieść! Nie znaczy to wcale, że moje życie jest usłane różami. Ale od dnia, kiedy poprosiłam Jezusa o kierowanie moim życiem, widzę, że wszystko, co mnie spotyka, a jest zgodne z Jego wolą, jest dla mnie dobre.


Anna N.





Bliscy i znajomi nazywają mnie Wala. Aby przedstawić siebie, często posługuję się słowami, które napisał w swojej książce „Naśladowanie Chrystusa” Tomasz a’Kempis: Nigdy nie bądź całkiem bez zajęcia, lecz - albo czytaj, albo pisz, albo módl się, albo rozważaj, albo zajmij się jakąś pracą dla dobra wspólnego.

A więc - uwielbiam czytać, rozważać i pisać... Na modlitwę też znajduję czas:-). Praca dla dobra wspólnego również nie jest mi obca... Głównie jest to praca na rzecz kobiet. Kiedy czuję się zmęczona wypełnianiem wszystkich wskazówek Tomasza a’Kempis, poświęcam się swojej kolejnej pasji - turystyce. I nigdy nie robię tego w samotności. Zawsze towarzyszy mi mąż i sprawdzone grono przyjaciół. Od 29 lat jestem szczęśliwą i spełnioną żoną, od 28 lat - matką, od kilku także teściową. I od 3 lat najszczęśliwszą na świecie babcią! Mam też ukochanego kota Kacpra, chociaż on zachowuje się tak, jakbym to ja była jego własnością.

Jak znalazłam się w tym miejscu? Jak zaczęła się moja przygoda z Bogiem? Bóg, Biblia i kościół zawsze były istotnymi elementami mojego życia. Starałam się żyć zgodnie z tym, czego byłam uczona. Zawsze było we mnie wiele zdrowego strachu przed Bogiem. Również mój charakter (domatorka, troszkę samotnik, nieśmiała) przyczyniał się do tego, że moje życie było w miarę poprawne. Szkoła, dom, biblioteka... Kilka - równie grzecznych :-) - koleżanek i koledzy ze szkoły stanowili moje grono przyjaciół. Czas jednak spędzałam głównie z młodzieżą z kościoła (dodam, że był to kościół protestancki). Moje życie moralne i duchowe kształtowane było przez cenionych nauczycieli Pisma Świętego.

Z perspektywy czasu wydaje mi się, że moje nawrócenie dokonało się poprzez powolny proces duchowy zachodzący w moim życiu. Chciałam żyć z Bogiem. Inne życie absolutnie mnie nie pociągało. I chyba to spowodowało, że przyszedł taki moment, gdy zapragnęłam głośno wyrazić to, że chcę iść z Nim przez życie. Obudziło się we mnie pragnienie wyznania Mu swoich grzechów, przyjęcia Jego przebaczenia i zawierzenia Mu swojego życia w obecności drugiej osoby. Był to ogromny akt odwagi i determinacji z mojej strony, bo jestem introwertyczką i tego typu sytuacje mnie przerażają i paraliżują. Miałam wtedy 17 lat. Jezus Chrystus jest dla mnie Zbawicielem, Panem mojego życia, Przyjacielem.

Jeśli chodzi o doświadczanie Boga w moim życiu, to mogłabym to ująć słowami zawartymi w tytule pewnej książki – moje życie jest pełne Bożych cudów. Bóg przeprowadzał mnie przez wody – nie zalały mnie, przez pustynie – to one mnie umocniły, przez ogień – on mnie nie spalił (według fragmentu z 43 rozdziału Księgi Izajasza).

Szczególne Boże działanie w moim życiu? W pewnym momencie zaszwankowało moje zdrowie. Zaburzenia hormonalne dotknęły wszystkich możliwych kobiecych organów plus przysadki mózgowej. Modlitwy wielu osób sprawiły, że wszystkie zmiany stopniowo ustępowały. Do tego stopnia, że pewnego dnia przyszłam do szpitala na wyznaczony mi termin operacji i… w tym samym dniu zostałam wypisana do domu. To, co miało być obiektem pracy chirurgów, po prostu zniknęło! Takim Lekarzem jest mój Bóg.

Moje życie z Bogiem jest wspaniałą przygodą. Cały czas pielęgnuję swoją pierwszą miłość do Niego. Więcej – kocham Go stabilnie. Nie pozostaję na etapie euforii i zauroczenia. Nie pozwalam sobie na huśtawkę nastrojów i spadki wiary, ale dojrzewam duchowo, wzrastam w wierze, idę z Nim przez życie i zdobywam doświadczenie, służę Mu. Codziennie się Go uczę przez czytanie Jego Słowa i dostrzeganie wszelkich przejawów Jego działania w życiu moim i ludzi, których stawia na mojej drodze. Oddaję Mu chwałę jako Stwórcy.

Należenie do Boga daje mi poczucie bezpieczeństwa tu na ziemi. Wiem, że cokolwiek mnie spotka, jest pod Jego kontrolą. Należenie do Niego daje mi też pewność życia wiecznego. Należenie do Niego oznacza dla mnie również to, że moje życie ma być integralne. Istotą integralności są dla mnie słowa z Listu Jakuba (rozdział 1, werset 22): A bądźcie wykonawcami Słowa, a nie tylko słuchaczami, oszukującymi samych siebie.

Myślę, że moje życia jest wielokolorowe. Jest w nim czerwień miłości, zieleń nadziei, błękit nieba kojarzy mi się z marzeniami, żółć z ciepłem słońca, które rozświetla moje dni. Ale nie brakuje w tym życiu czerni bólu, rozpaczy, beznadziei, a także szarości codzienności, rutyny. I dużo by tu jeszcze kolorów wymieniać. Mój dobry Malarz namalował z tych kolorów całkiem piękny obrazek.


Walentyna Jarosz





Trudno mi podać taki jeden, konkretny moment, w którym zaczęła się moja przygoda z Bogiem. Od kiedy pamiętam, zawsze szukałam bliskiej z Nim relacji. Jako mała dziewczynka biegałam za babcią, prosząc, by poczytała mi Biblię, a moimi najlepszymi bajkami na dobranoc były historie ze Starego Testamentu. Potem jako nastolatka chodziłam do kościoła, odmawiałam różne modlitwy, ale ciągle mi czegoś brakowało. Teraz wiem, że tym „czymś” była osobista relacja z Jezusem Chrystusem. Mój głód, moje poszukiwania skończyły się, kiedy w prostej modlitwie poprosiłam Pana Jezusa, by został Panem mojego życia. Prawdę mówiąc, co to naprawdę znaczy, zrozumiałam dopiero po pewnym czasie .

Może więc  to był ten moment? A jednak ciągle pamiętam i traktuję jako przygodę tamten czas poszukiwań i to, jak Bóg mnie prowadził ku Sobie i odpowiadał na moje modlitwy typu: „pokaż mi, Boże, jak się modlić”, „pozwól mi zrozumieć, o co chodzi w kościele”, „gdzie jesteś?” itp.

Życie w codziennej, osobistej więzi z Bogiem pozwala mi widzieć Jego działanie i przeżywać niezwykłe doświadczenia. Jest ich tak wiele… Te spektakularne - dobrze pamiętam; te drobne, ciche - szybko umykają z pamięci, a są tak potrzebne i ważne! I właśnie o takim chcę opowiedzieć.

Jestem mężatką od 11 lat, mamą trzech chłopców: Konrada, który ma 9 lat, Miłosza - 6 lat i Aleksandra - 3 miesiące. Kiedyś, tuż przed świętami, umęczona pracami i sfrustrowana swoim mało porywającym życiem, kolejny raz myślałam o tym, jak bezsensownie jest być w domu z dzieciakami, jakie to niewdzięczne, niedoceniane i nie „trendy”, a do tego dzieci zachowują się okropnie. Miałam dosyć i zawołałam do Pana: „Boże, proszę Cię, pomóż mi doświadczyć trochę radości z trudu macierzyństwa!”, i szybko o tym zapomniałam, bo święta…. Gdy odbierałam syna ze szkoły, podeszła do mnie jego wychowawczyni. Była pod dużym wrażeniem odwagi, jaką wykazał Konrad, gdy stanął w obronie kolegi, trudnego kolegi, którego dokuczliwość nie raz była powodem jego płaczu. Konrad miał powiedzieć: „Ten kolega jest taki, jaki jest, nie potrafi być inny i my (dzieci w klasie) powinniśmy zaakceptować go takim, jaki jest, bo to mu pomoże”. Byłam bardzo wzruszona, ale nie koniec na tym. Po kilku godzinach mąż, odebrawszy syna z popołudniowych zajęć w innej szkole, podszedł do mnie z torbą prezentów i powiedział: „To są prezenty dla chłopców i dla Ciebie od pani dyrektor. Są szczególne, ponieważ pani dyrektor chce w ten sposób docenić naszą pracę włożoną w postawę Konrada, który sprawiał wiele problemów wychowawczych na początku semestru. Obecnie Pani obserwuje ogromną poprawę i mówi, że nie ma żadnych problemów z Konradem, wręcz przeciwnie - jest bardzo zdyscyplinowany i tak chętny do pracy, że zachęca innych”.

Musiałam odłożyć swoje zajęcia, żeby stanąć przed Panem i podziękować Mu za Jego wierność, za Jego miłość, za Jego czułość... Wtedy tak wyraźnie usłyszałam w sercu: „Czy teraz dostrzegasz sens? Czy doświadczyłaś trochę radości?”. Tak więc w sprawach dużych i małych, cały czas, doświadczam Bożego działania w moim życiu i tego, że jest blisko. Są chwile, kiedy nie chcę się pogodzić z konkretnym Bożym działaniem, ale doświadczenie nauczyło mnie, że Bóg wie, co robi, jak również, że daje się znaleźć, kiedy Go szukamy.

Przechodziłam też w mojej relacji z Bogiem okresy buntu i złości, ale teraz jestem znów w dobrym miejscu i jestem przekonana, że warto ufać Bogu - choć to naprawdę bywa czasami trudne, a nawet bolesne, i nie zawsze możemy pojąć, dlaczego coś się dzieje. Po każdym takim buncie przychodzi mi dostrzec, że to On ma rację, że On wie lepiej. Coraz bardziej Mu ufam i coraz bardziej Go kocham, a moja więź z Nim się pogłębia. Nie umiem powiedzieć, jaką barwą opisałabym moje życie. Nie mogę podać jednej, bo moje życie jest wielobarwne, doświadczam wszystkich kolorów życia, wyraziście i mocno, z tym, że są one bardziej świetliste niż wtedy, gdy nie było w moim życiu więzi z Bogiem, a barwy ciemne nie są już tak mroczne jak kiedyś, bo jest w moim życiu Jezus – Światłość świata.


Anna Obrębska





    Urodziłam się w ormiańskiej rodzinie, która mieszkała na emigracji w Gruzji. Gdy byłam małą dziewczynką, słyszałam od mamy, że Bóg jest wszędzie, wszystko widzi i można Go o wszystko prosić. Wierzyłam w to, ale moja wiedza na temat Boga była bardzo ograniczona, bo w moim kraju nie było czegoś takiego jak lekcje religii. W 6. klasie pod wpływem nauczycieli zaczęłam się zastanawiać, czy Bóg naprawdę istnieje. W wieku piętnastu lat doszłam do wniosku, że Boga nie ma, a wierzą w Niego tylko ludzie zacofani, niewykształceni, słabi i chorzy.

W pewnej książce przeczytałam zdanie: „Życie jest nam dane jeden raz, dlatego trzeba je przeżyć tak, aby na końcu nie rozpaczać, że się je zmarnowało”. Dlatego dalsze moje lata były gorączkowym poszukiwaniem sensu życia. Zadawałam sobie pytanie: „Po co człowiek żyje?”. Zastanawiałam się, jak inni odpowiadają sobie na to pytanie.

Widziałam ludzi, którzy przez całe życie zdobywali wiedzę. Jednym z nich był rektor mojej uczelni. Gdy byłam na jego pogrzebie, pomyślałam: „Co mu ta wiedza dała? Umarł tak jak każdy inny”. Postanowiłam więc, że gromadzenie wiedzy nie będzie sensem mojego życia.

Widziałam, że inni żyją po to, by mieć. Przez całe życie skupiają się na gromadzeniu dóbr, chcą posiadać coraz więcej i więcej. Pewnego razu zobaczyłam jak płonął dom bogatej rodziny. W jednym momencie przepadł cały ich dorobek. Jeżeli żyli po to, by mieć, to ich życiowy wysiłek poszedł na marne. Uświadomiłam sobie, że dorobek czyjegoś życia może zostać zrabowany, roztrwoniony przez dzieci, zniszczony przez powódź czy pożar. Wtedy doszłam do wniosku, że gromadzenie bogactwa nie może być sensem mojego życia.

Wokół mnie widziałam też takich, którzy żyją po to, by zostawić po sobie potomstwo. Ale gdy zobaczyłam w telewizji zupełnie samotną kobietę, która na wojnie straciła męża i siedmiu synów, i pomyślałam o rodzicach, którzy stracili swoje dzieci i na starość zostali sami – stwierdziłam, że to  też nie może być sensem mojego życia. 

Jedyne co mi zostało to żyć dla ludzi, pomagać im. Zaczęłam więc budować przyjaźnie, pomagałam moim przyjaciołom i przyjaciółkom z poświęceniem. Ale po jakimś czasie,  gdy to ja potrzebowałam pomocy, bardzo się na nich zawiodłam. Przeżyłam gorzkie rozczarowanie, kiedy odkryłam, że wszyscy ludzie, nie wyłączając mnie, są egoistami. To moje rozczarowanie innymi i samą sobą przerodziło się w nienawiść do siebie i do ludzi wokół mnie.

Wtedy stwierdziłam, że nie ma rzeczy, dla której warto poświęcić swoje życie. Doszłam do wniosku, że nie ma po co żyć. Te myśli wpędziły mnie w depresję. Przez półtora roku spałam po kilkanaście godzin, z wielkim trudem wychodziłam do pracy, cały czas myślałam, po co robię to, co robię, nachodziły mnie myśli samobójcze, ale nie miałam odwagi coś sobie zrobić. Myślenie o sensie mojego życia niszczyło mnie. W sercu odczuwałam niesamowitą pustkę, którą w końcu  zaczęłam zapełniać aktywnym życiem. Podróżowałam, zwiedzałam zabytki i muzea, w których często widziałam malowidła przedstawiające Chrystusa, ale dziwiłam się, że o tej postaci nie było żadnych informacji, nie wiedziałam, dlaczego i po co umarł Jezus i gdzie taką informację można zdobyć.

Mój brat, który był wybitnym sportowcem, ożenił się i osiedlił w Polsce. Gdy po raz pierwszy go odwiedziłam, dał mi ilustrowaną książkę o życiu Jezusa.  Opisywanemu tam Jezusowi bardzo współczułam i bardzo go polubiłam. Był tak oddany ludziom, kochał ich, pomagał, a oni go tak  strasznie zawiedli. Jednak dla mnie była to jedynie pełna życiowej mądrości fikcja literacka.

Irytowało mnie to, że w Polsce wielu ludzi chodzi do kościoła. Wydawało mi się, że robią to tylko z powodu strachu przed śmiercią i oszukują samych siebie.  Pewnego dnia stanęłam na ulicy  przed jednym z kościołów, pragnąc z kimś porozmawiać o Jezusie. Czułam się bardzo bezradna, bo nikogo nie znałam. Nagle podeszło do mnie młode małżeństwo i spytało, czy chciałabym porozmawiać z nimi o Chrystusie. Bardzo zaskoczona zapytałam, dlaczego do mnie podeszli. Oni odparli, że to Bóg ich do mnie przysłał. W tym momencie uwierzyłam w to, że Bóg istnieje. Od nich dowiedziałam się, że Bóg mnie kocha. Natychmiast poczułam się niegodna Jego miłości,  bo nic dla Niego nie zrobiłam i odrzucałam Go przez całe życie. Odpowiedziałam, że Bóg nie może mnie kochać, bo na to nie zasługuję, ale oni wyjaśnili mi, że nikt nie zasługuje na Jego miłość, bo każdy jest grzeszny i  z powodu swoich grzechów zasługuje na śmierć i  wieczne potępienie. Powiedzieli, że Jezus mnie kocha do tego stopnia, że swoje życie oddał za moje grzechy, że umarł zamiast mnie. Wtedy zapragnęłam, aby Jezus stał się moim Przyjacielem i życiowym Przewodnikiem. W modlitwie poprosiłam Go, aby wszedł do mojego życia, przebaczył mi moje grzechy, aby kierował mną i przemieniał moje życie według Swojej woli.

Dzięki pomocy innych zaczęłam czytać i rozumieć Jego Słowo i lepiej poznawać Boga, a to miało ogromny wpływ na moje życie. Bóg przemienił moje serce. Zaczęłam inaczej patrzeć na ludzi, przestałam ich nienawidzić, a zaczęłam kochać.Wcześniej nie byłam w stanie nikomu zaufać, nie wtajemniczałam innych w swoje sprawy osobiste. Bałam się, że ktoś może to wykorzystać przeciwko mnie. Teraz mogę powiedzieć o sobie prawie wszystko, bo chcę, żeby ludzie mnie rozumieli. Już nie boję się być szczera, ponieważ moje poczucie bezpieczeństwa opiera się na tym, co myśli o mnie  Pan Bóg, a nie na tym, co myślą o mnie inni.

Wcześniej nie byłam w stanie ludziom przebaczać, z moim bratem nie rozmawiałam przez cały rok, bo byłam na niego obrażona. Nigdy nie prosiłam nikogo o przebaczenie, czekałam, aż inni wyjdą z inicjatywą. Teraz,  dzięki temu, że od Boga otrzymałam przebaczenie, otrzymałam też zdolność przebaczania innym i pokorę do tego, by prosić o przebaczenie. Pustka, którą wcześniej próbowałam zagłuszyć, zniknęła, bo sensem mojego życia stało się życie dla Jezusa.


Julia Miara





Szczęście jest jednym z największych pragnień każdego człowieka i często jesteśmy gotowi zapłacić za nie każdą cenę.

Szukając zadowolenia w życiu, myślałam, że osiągnę je przez wykształcenie, ciekawą pracę, miłość, małżeństwo, przyjaźń, stan mojego posiadania. Jednak już we wczesnej młodości zauważyłam, że okoliczności zewnętrzne są zmienne i stanowią kruchą podstawę do budowania szczęścia. Zrozumiałam, że źródło szczęścia musi być gdzie indziej. Zaczęłam szukać głębiej w moim wnętrzu.

Wzrastałam w rodzinie religijnej, uznawałam istnienie Boga, chodziłam do kościoła, ale miałam wrażenie, że czegoś mi brakuje. Im byłam starsza, tym wyraźniej widziałam, że moja wiara nie daje mi mocnego oparcia w życiu, nie zawsze też kierowałam się jej zasadami. Odczuwałam pustkę, miałam wrażenie, że Bóg jest daleko, zastanawiałam się, na ile jest zainteresowany moim życiem. Jednakże nie wiedziałam, jak zbliżyć się do Niego.

Pewnego razu, kiedy cierpiałam z powodu kolejnego rozczarowania i samotności, zawołałam desperacko: „ Boże, jeżeli naprawdę jesteś, pomóż mi!”.

Następnego dnia zadzwonił do mnie kolega, z którym rzadko miewałam kontakt, i zaproponował mi zorganizowany wyjazd z młodzieżą chrześcijańską. Chciałam uciec od trudnej sytuacji i dlatego zdecydowałam się pojechać, chociaż nikogo tam nie znałam i nigdy przedtem nie spędzałam wakacji w taki sposób.

Pobyt na tym obozie wiele zmienił w moim życiu. Usłyszałam tam, że można mieć osobisty związek z Bogiem i że On tego pragnie. Poznałam ludzi, którzy doświadczali takiej bliskości i potrafili swobodnie o tym mówić. Zrozumiałam też głębię i istotę Bożej miłości do mnie, w której On dał Swego Syna Jezusa, aby umarł na krzyżu za moje grzechy. Na podstawie tej ofiary mogę mieć przystęp do Boga. Dzięki czytaniu Ewangelii wg św. Jana dowiedziałam się, że Jezus przyszedł po to, aby dać obfite życie, i że On jest jedyną drogą do Boga.

Te prawdy były odpowiedzią na moje pytania o fundament szczęścia. Postanowiłam zaufać Jezusowi i powierzyć Mu swoje życie. Wyraziłam moją wiarę w to przez modlitwę, poprosiłam Pana Jezusa, aby zajął w moim życiu najważniejsze miejsce.

Po decyzji zawierzenia Chrystusowi zaszło wiele zmian w moim życiu. Pierwszą z nich było pragnienie czytania Pisma Świętego. Kupiłam sobie Biblię i w krótkim czasie przeczytałam Nowy Testament. Odkryłam, że jest zrozumiały i zawiera wiele aktualnych i praktycznych myśli. Czytanie Biblii stało się dla mnie codzienną praktyką. W ten sposób dowiadywałam się więcej o Bogu, widziałam potrzebę zmiany siebie i mojego stosunku do Niego i ludzi. Ten proces nadal trwa w moim życiu.

Minęło 25 lat od tej najważniejszej w życiu decyzji i dziś z pełnym przekonaniem mogę zacytować słowa z Psalmu 73: „Lecz moim szczęściem jest być blisko Boga”.


Ela Sylwestrowicz

Kobiety Razem były organizatorkami konferencji Barwy Życia w marcu 2010